Tańczący z wilkami

Tańczący z wilkami "Tańczący z Wilkami" to bardzo piękny film, prawdopodobnie o wiele piękniejszy niż książka. Wszystko dzięki pięknym krajobrazom reżysera, dość udanej grze aktorskiej Kevina Costnera oraz jego indiańskich towarzyszy oraz niesamowitej, pięknej, na długo zapadającej w ucho muzyce autorstwa Enio Morricone'a. Dowódca oddziału, który nie mógł sobie poradzić w walce, wykazuje się niesamowitym sprytem, za co zostaje awansowany i wysłany na spokojniejsze tereny. Okazuje się, że jego stacja jest jednak opuszczona i straszliwie zaniedbana. Decyduje się jednak tu zostać i poprawić ogólny jej wygląd. Zaczyna sprzątać i wprowadzać w otoczenie trochę życia. Jest mu dobrze, mimo samotności nie narzeka. Ale nagle okazuje się, że nie jest taki samotny - obserwuje go grupa Indian, którzy zaciekawieni nowym przybyszem nie mają pojęcia jak wobec niego działać. Wiedzą, że jeśli zabiją jednego białego, prawdopodobnie przybędną następni i nie będą mili. Pod namową szamana postanawiają nawiązać z nim dialog. Okazuje się równie przyjazny, co otwarty, a zostaje to docenione, kiedy naprowadza ich na ślad bizonów, który urwał im się kilka tygodni temu i obawiali się, że spędzą zimę bez ciepłych rzeczy. Udana ekranizacja i naprawdę - wspaniałą muzyka. W nieskróconej wersji film trwa blisko trzy godziny.

Witaj

Jeżeli producent postanawia przenieść historię z książki na ekran, musi zachować w tym wielką ostrożność.